Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamiast sklepowe-DOMOWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamiast sklepowe-DOMOWE. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 lipca 2014

Sok wiśniowy i wiśnie deserowe (najlepsze do ciasta)

Jak ja kocham lato...
Gorące, długie dni... Obfitość warzyw i owoców na pobliskim ryneczku. Świadomość, że prawie każdą owocową zachciankę mogę spełnić, bez grzebania w zamrażalniku :)
Zjadam więc czarną porzeczkę prosto z krzaka na działce. Poziomki z piaskiem....
Nie myję malin :)
Dryluję kolejną ubijankę WIŚNI...
Upycham nimi zamrażalnik, który już pęka w szwach, a przecież tyle jeszcze pasuje zamrozić...
Upycham nimi słoiki...

Przepis na TE wiśnie dostałam do koleżanek z  pracy  (w tym miejscu pozdrawiam Martę i Agatę :P )
Bardzo lubię przepisy gdzie nic się nie marnuje.
Mam i sok ( całkiem go sporo) i wiśnie, które dodane do lodów lub ciasta są po prostu rewelacyjne. A przy tym pracy jest naprawdę niewiele... No dobra.... może nie tak nie wiele, ale mniej niż zazwyczaj przy soku z sokownika.


PoLeCaM  :)

Składniki:
3 kg wiśni
4 szklanki cukru (cukier można dodać w dowolnej ilości, w zależności do preferenncji smakowych)

Wiśnie umyć i wydrylować. Wymieszać z 2 sklankami cukru i odstawić przykryte na kilka godzin, aż puszczą skok.
Przełożyć do garnka owoce razem ze sokiem i powoli  gotować ok. 20 minut (czas od zagotowania).
Następnie odcedzić wiśnie, pozostawiając je na sicie aby dobrze odciekły. 
Do zlanego soku dodać szklankę cukru i podgrzewać aż cukier się rozpuści. Gorący sok wlewać do wyparzonych słoików i mocno zakręcić. Odstawić do góry dnem do wystudzenia.
Odcedzone wiśnie przełożyć z powrotem do garnka i dosypać szklankę (lub do smaku) cukru. Smażyć chwilę aż będą gorące (wiśnie puszczą jeszcze sok). Układać ciasno w wyparzonych słoikach. Na wierzch można dolać trochę pozostałego soku. Zakręcić i odstawić do góry do wystudzenia.

* Jeśli przetwory mają przetrwać zimę - lepiej je zapasteryzować.





poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Sos czosnkowy do pizzy (i nie tylko)

Kocham czosnek...
Jestem odosobniona w tej miłości, bo mąż nie przepada, a dzieci jak "muszą bo są chore"...
A ja lubię, tak dla przyjemności zrobić sobie krem czosnkowy do kanapek, albo sos do pizzy. Z tym ostatnim bywa tak, że kiedy zostaje - wyjadam łyżeczką z salaterki :)
Zdecydowanie najlepszy :)

Składniki:
3-4 spore ząbki czosnku (czasem daję całą główkę :) )
mały gęsty jogurt naturalny (200 g)
1-2 łyżki majonezu
1-2 łyżeczki miodu (cukru, syropu z agawy)
sól i pieprz do smaku oraz zioła prowansalskie (ok 1/2 łyżeczki)

Czosnek obrać, przecisnąć przez praskę albo drobno posiekać. W salaterce wymieszać jogurt naturalny, majonez, miód i zioła prowansalskie. Dodać czosnek, doprawić do smaku i ponownie wymieszać. Dostawić na co najmniej 2h do lodówki. Najlepszy następnego dnia.






środa, 22 stycznia 2014

Pasztet z "rosołowych resztek" ze śliwką i rozmarynem

Co niedzielę pojawia się ten sam problem.
Co zrobić z rosołowymi resztkami....
Zawsze zostaje mi pietruszka, marchewka i seler.
Nie ma też chętnych ma mięso.
I wszystko ląduje w koszu
Nie lubię takiego marnotrawstwa.

Od  jakiegoś więc czasu co niedzielę rano gotuję rosół a wieczorem piekę pasztet. Wykorzystuję do jego przyrządzenia wszystkie ugotowane jarzyny (nawet kapustę włoską) i mięso.
Eksperymentuję z nowymi  smakami i dodaję różne przyprawy. Raz piekę z majerankiem albo kolendrą i żurawiną. Innym razem czysty. Jednak faworytem pozostaje pasztet z rozmarynem i śliwką. Lubię jego lekko słodkawy posmak przełamany wyrazistością rozmarynu.
Mówię Wam PYYYCHAAA.

Składniki:
ugotowane mięso z rosołu ( w mnie ok 250g)
jarzyny z rosołu - marchew, seler, pietruszka, kapusta włoska.
250g mielongo mięsa wieprzowego (łopatki, karkówki - można pominąć jeśli mięsa rosołowego jest więcej)
500g wątróbki drobiowej (dałam z indyka)
3 łyżki mielonego siemienia lnianego (ew. zmielonych otrębów, bułki tartej)
2 jajka
2 cebule
kilka gałązek świeżego rozmarynu (jeśli dajemy suszonego to ok 1/2 łyżeczki)
15 suszonych śliwek
sól, pieprz, ostra papryka

Do gotującej się wody wrzucam namoczoną wcześniej w mleku wątróbkę. Gotuję małym ogniu ok  15 minut, odcedzam i płukam z szumów (tworzy się ich dużo podczas gotowania).
Mięso mielone przesmażam na teflonowej patelni bez tłuszczu - wytapia się go sporo w trakcie smażenia.
Mięso z rosołu obieram.
Śliwki płukam na sicie ciepłą wodą i osuszam papierowym ręcznikiem.
Rozmaryn obieram na igiełki i drobno kroję.
Mięso, wątróbkę, jarzyny z rosołu i surową obraną cebulę mielę dwa razy w maszynce do mięsa.
Jeśli lubicie bardzo aksamitny pasztet można zmielić wszystko jeszcze raz, albo użyć do mielenia np. malaksera.
Mieszankę doprawiam do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką. (próbuję smak przed dodaniem jajek). Wbijam 2 jajka, wsypuję siemię lniane i mieszam. Jeśli mieszanka jest za sucha możecie wlać kilka łyżek rosołu albo wody - powinna mieć konsystencję bardzo gęstego jogurtu, ale nie może się kruszyć.
Dodaję rozmaryn i mieszam.
Średnią keksówkę, smaruję masłem i obsypuję bułką tartą - jeśli piekę w silikonowej to pomijam ten etap i przekładam pasztet prosto do keksówki. Wciskam śliwki w pasztet i wyrównuję powierzchnię.
Wierzch pasztetu możecie posypać np. mieszanką suszonych warzyw. Ja posypałam Dekorem (mieszanka suszonych warzyw, gorczycy i papryki w płatkach).
Pasztet wstawiam do nagrzanego 190 C piekarnika i piekę godzinę. Zostawiam do ostygnięcia w uchylonym piekarniku.
Dopiero całkiem zimny wyciągam ostrożnie z formy.
Smacznego!



 

piątek, 18 października 2013

Domowe aromaty w trzech odsłonach

Post miał się ukazać rok temu...
Ale szykowałam się na wielki koniec świata i nie publikowałam go, bo komu potrzebne aromaty na Święta których ma nie być... ;P
A tak poważnie...
Zawsze brakuje mi czasu na nowe wpisy.
Może to wina, że gotuję więcej niż powinnam, testując ,eksperymentując i wymyślając nowe potrawy.
Nie mam czasu fotografować tego co zrobię, bo nie zadawalają mnie zdjęcia kliknięte w biegu. Wszystko musi być idealne albo przynajmniej przyzwoite. Moje dążenie do ideału jest zgubne, bo chcąc być taka, poświęcam rzeczą błahym więcej uwagi niż na to zasługują...
Potem nie mam czasu na rzeczy inne.

Zawsze gdzieś biegnę, coś gubię, albo czegoś szukam :)

Tak jak zdjęć to tego postu. Gdyby nie to, że gdzieś je zapodziałam na dysku, dawno bym Wam już napisała o tych aromatach....

Aromat waniliowy:
Laska wanilii
150 ml wódki
50 ml wody

Laskę wanilii rozkrajamy wzdłuż, nie przecinając jej jednak na 2 części. Chodzi o to, żeby nasionka zostały w środku i nie pływały nam w aromacie.
Wkładamy do słoiczka/małej karafki czy innego szczelnie zamykanego pojemnika (lepiej nie do plastikowego - alkohol może wejść w reakcję )
Zalewamy 150 ml wódki - odstawiamy na 2 tygodnie wstrząsając co jakiś czas.
Po tym czasie dodajemy do ekstraktu wodę i mieszamy. Odstawiamy na kolejne 2 tygodnie. Aromat jest gotowy do używania. Wanilię możemy zostawić w środku.

Aromat cytrynowy i pomarańczowy
1 cytryna/pomarańcza  (w właściwie skórka)
120 ml wódki
120 ml wody

Cytrynę/ pomarańcze szorujemy, sparzamy wrzątkiem i obieramy skórkę bardzo cieniutko ( używam do tego celu obieraczki do ziemniaków). Usuwamy białą błonę, jeśli została na skórkach i kroimy je w cieniutkie paseczki.
Zalewamy wódką i odstawiamy na 2 tygodnie, wstrząsając od czasu do czasu.
Po tym czasie dodajemy wody i odstawiamy na kolejne 2 tygodnie. Później aromat jest gotowy do użycia. Można przecedzić, żeby pozbyć się skórek.
SMACZNEGO :)


niedziela, 18 sierpnia 2013

Jabłka prażone do słoików i ocet z obierek

Dostałam jabłka "sama ekologia". Nie pryskane, rosną z dala od drogi - ba, podobno w życiu traktora nie widziały :).
Całą reklamówkę.
Początkowo miałam zrobić z nich tylko ocet, szkoda mi jednak było marnować miąższu. Wobec powyższego ocet zrobiłam z obierek, a środki zasmażyłam na patelni i zapakowałam w słoiki. Będą super do ryżu albo do szarlotki.

Składniki na jabłka prażone:
Jabłka - dowolna ilość
cukier do smaku
szczypta kwasku cytrynowego
ewentualne przyprawy: cynamon, kardamon, imbir

Składniki na ocet jabłkowy:
obierki z jabłek
woda
1 łyżka melasy trzcinowej na każdy litr wody (melasę można zastąpić miodem albo nawet cukrem, jednak melasa nadaje octowi trochę "balsamicznego" posmaku )


Jabłka dokładnie myjemy, obieramy i usuwamy gniazda nasienne. Obierki odkładamy, jabłka kroimy na ćwiartki i wrzucamy do garnka z grubym dnem, albo na patelnię. Dolewamy trochę wody i dodajemy szczyptę kwasku. Prażymy tak długo aż zaczną się rozpadać. Jeśli zaczynają "przysychać" i przywierać do dna - możemy dolać trochę wody. Długość smażenia jest ściśle związana z odmianą jabłek. Są odmiany plackowe które szybko się rozpadają, są i takie które trzeba smażyć godzinę.
Pod koniec dodajemy cukier i ewentualnie przyprawy. Ilość cukru daję zawsze "na oko", jeśli jabłka są bardzo słodkie rezygnuję z niego zupełnie.
Gorące przekładamy do wyparzonych słoików, zakręcamy i obracamy do góry dnem. Wkładamy pod koc do całkowitego ostygnięcia.
Jabłek prażonych nie pasteryzuję. Jeszcze nigdy mi się nie zepsuły.


OCET Jabłkowy
Obierki (same skórki bez gniazd nasiennych) ciasno układamy w dużym słoiku tak do 2/3 wysokości.
Przegotowaną, gorącą wodę mieszamy z melasą trzcinową. Odstawiamy do przestygnięcia. Zalewamy skórki i przykrywamy słoik gazą. Odstawiamy na 2- 3 tygodnie, codziennie mieszając. Już po 2-3 dniach woda zaczyna się pienić i można wyczuć lekki aromat octu.
Ocet nadaje się do zlewania, kiedy pomieszamy przestaje się pienić i syczeć. Na powierzchni często lubi się utworzyć biała, albo przeźroczysta galaretka - jest to zupełnie naturalne. To zasługa pektyny, której skórki jabłek zawierają całkiem sporo. Zbieramy ją łyżką albo sitkiem
Gotowy ocet przecedzamy przez grubo złożoną gazę (a najlepiej przez kuchenną bawełnianą ściereczkę) i przelewamy znów do słoika. Odstawiamy na kolejny tydzień do klarowania.
Po tym czasie filtrujemy, uważając aby nie poruszyć osadu, który opadł w tym na dno.
Na tym etapie możemy znowu pozostawić ocet w słoiku do klarowania, albo rozlać go do butelek.
Będzie jeszcze mętny ale już zdatny do użycia
Ja przelewam go do butelek i zostawiam na około miesiąc. Potem znowu filtruję - tym razem przez papierowy filtr do kawy włożony do lejka. Nie zlewam całości, ale tylko tak 3/4,  wylewając mętną resztę.
Jest to pracochłonne zajęcie bo filtr trzeba co chwilę wymieniać. Jednak tak przecedzony ocet jest prawie przeźroczysty.
Znowu zlewam do wymytych butelek, zakręcam i ostawiam. Jeśli zajdzie potrzeba  filtruję ponownie po jakimś czasie.
Z mojej praktyki wynika, że ocet nastawiony w sierpniu, dopiero w grudniu po 3-4 kortnym przefiltrowaniu jest czysty jak sklepowy.






piątek, 12 lipca 2013

Zielone pesto z pestek dyni i bazyli

Sezon letni w pełni. Na balkonie zioła w rozkwicie. Codziennie rano, z konewką wybieram się ten gąszcz zapachów i pieczołowicie podlewam kolejne doniczki. Piję poranną kawę wygrzewając się w promieniach wschodzącego słońca. Wstaję bardzo wcześnie, bo szkoda mi marnować tych pięknych letnich poranków na leżenie w łóżku.
Nie mogę się nacieszyć ciepłem... zielnikiem...pomidorami rosnącymi w doniczkach.
Cały rok czekałam na to.
Już od dawna chodziło za mną pesto bazyliowe ale poza sezonem bazylia w marketach jest marna i droga, więc zawsze mi szkoda kupować i przepłacać.
Ale teraz :) Krzaczor bazylii przyszni się na balkonie, czas więc go trochę ogołocić :)..


Składniki:
100g pestek dyni (wymieszałam 80g pestek i 20g orzechów laskowych)
100g oliwy z oliwek (+/- - zależy jaką konsystencje pesto chcemy uzyskać)
4-5 ząbków czosnku
1-2 garści liści bazylii
łyżka parmezanu albo pecorino romano
opcjonalnie sól

Pestki dyni (i orzechy) prażymy na gorącej patelni. Trzeba często mieszać, żeby się nie spaliły. Kiedy pestki zaczną "wybuchać" i będą lekko zarumienione, przekładamy je do pojemnika w którym będziemy miksować. Dodajemy obrane, pokrojone w plasterki  ząbki czosnku, liscie bazyli i wlewamy 100g oliwy. Miksujemy blenderem, albo ucieramy w moździerzu. W zależności do tego jaką konsystencję chcemy uzyskać możemy dolać więcej oliwy.
Dodajemy ser starty na drobnych oczkach, mieszamy i próbujemy. Jeśli jest zbyt mało słony możemy troszkę dosolić. Ale uwaga ! nie dodawajcie soli wcześniej, przed dodaniem sera (chyba, że pominiecie ten składnik) bo często się okazuje, że wychodzi mocno za słone.
Gotowe pesto przekładamy do słoiczka i zalewamy warstwą oliwy. Zakręcamy :)
Możemy trzymać do miesiąca w lodówce.
Co ważne, do nakładania pesto używamy zawsze czystej łyżeczki. Inaczej pesto spleśnieje.
SMACZNEGO!





wtorek, 16 października 2012

Pełnoziarniste Misie Lubisie

Moje dzieci uwielbiają Misie Lubisie. Zwłaszcza młodsza latorośl. Otwiera rano oczy i pędzi do szafki gdzie trzymamy słodycze. "EEEuuu" "Dadada" "mamada". Wydaje z siebie dzikie dźwięki.
Czasem ulegam i daję na przed-śniadanie.
Częściej jednak nie ulegam :)
Ostatnio znalazłam alternatywę dla sklepowych misiów, których skład nie do końca mi pasuje. Nabyłam (zupełnie przypadkiem) metalową formę do misiów muffinów, a na blogu Dorotus znalazłam przepis. Jeszcze tylko podmieniłam połowę mąki białej na pełnoziarnistą i gotowe.
Dzieciaki zachwycone.
Ja też.
Misie mają jednak jedną zasadniczą wadę. Mianowicie nie mają kolorowych, błyszczących opakowań, których otwieranie podejrzewam za co najmniej połowę przyjemności spożywania rano misia.
Muszę więc koniecznie obczaić jakieś ozdobne papierki :)



P.S.
Nadwyżkę misiów zamroziłam.

Składniki na 6 misiów:
3/4 szklanki mąki pszennej (pół na pół białej i pełnoziarnistej)
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
130g miękkiego masła
pół szklanki cukru
łyżeczka ekstraktu waniliowego
2 jajka
2-3 łyżki mleka
odrobina kakao

Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i przesiać.

Utrzeć mikserem masło na puszystą masę i dodawać partiami cukier, cały czas mieszając. Wbijać kolejno jajka. Dodać ekstrakt waniliowy i mleko, nie przerywając miksowania. Kidy składniki się połączą, do masy dodać mąkę z proszkiem i wymieszać szpatułką.
Odłożyć 2 łyżki i połączyć ją z kakao - to będą łapki, noski i uszka misiów.

Formę na misie wysmarować masłem i wysypać mąką. Ponieważ źle smaruje się te wszystkie foremkowe zawijasy, podgrzałam odrobinę masła, aż zrobiło się baaardzo miękkie i smarowałam formę pędzelkiem, posypując od razu mąką. A potem odwróciłam blachę i strzepałam jej nadmiar.

Masę kakaową nakładać końcówką łyżeczki na łapki, noski i uszka. Białą masę najlepiej przełożyć do dekoratora (szprycy, rękawa cukierniczego) i za jego pomocą napełniać foremki do połowy ich wysokości. Próbowałam nakładać łyżeczką, ale ciasto jest lepkie i kiepsko to wychodziło.

Piec w temp. 190 C około 15 minut - misie muszą być złote i suche.
Podczas pieczenia moim misiom rosły garby, przeraziłam się, że takie zostaną i trzeba będzie wyrównywać nożem. Ale po wystudzeniu wszystkie nierówności opadły.

Wystudzone misie nadziewamy z tyłu nutellą, dżemem truskawkowym, budyniem.
Albo tym czym nasze dzieci lubią najbardziej.

Smacznego!





















wtorek, 11 września 2012

Domowy ocet z jabłek i malin

Robię namiętnie ocet.
Jak wiele przepisów i ten zawdzięczam Moni - koleżance z pracy, która co rusz przynosi nowiki kulinarno -zdrowotne.
Ocet jabłkowy jest źródłem wielu witamin, pity na czczo z wodą przyśpiesza przemianę materii, a w zimie z dodatkiem miodu - odkwasza organizm i zapobiega infekcjom.
Ten domowy jest delikatniejszy niż sklepowy. Lekko słodkawy, a z dodatkiem malin ma cudny, świeży smak.
I ten piękny różowy kolor...

Ważne jest dwie rzeczy - aby do robienia octu używać owoców niepryskanych - z babcinego sadu, działki, albo po prostu ze sprawdzonego źródła. I aby wycinać gniazda nasienne z jabłek - pestki są nie wskazane podczas fermentacji.

Składniki na około 0,7 octu
40 dag jabłek
15 dag malin
2-3 łyżki miodu (albo łyżki cukru)
3 szklanki wody (lub troszkę więcej aby przykryć owoce)

Jabłka płukamy, kroimy w ćwiartki ze skórką i usuwamy gniazda nasienne. Wrzucamy do słoika albo kamionkowego garnuszka. Dodajemy maliny. Wodą gotujemy i rozpuszczamy w niej miód. Ciepłą zalewamy owoce, przykrywamy ściereczką lub gazą i odstawiamy do fermentacji. Codziennie rano i wieczorem trzeba ocet mieszać, inaczej owoce spleśnieją.
Po około 3 tygodniach ocet jest gotowy (wówczas gdy podczas mieszania nie pieni się już)
Przecedzamy przez gazę (ja używam papierowych filtrów do kawy) i rozlewamy do butelek (można na tym etapie ocet zostawić jeszcze w słoiku czy garnuszku, tyle, że już bez owoców)
Butelek nie zakręcamy, tylko zakrywamy gazą lub papierowym ręcznikiem i odstawiamy na kolejne 2-3 tygodnie do klarowania. Może się na powierzchni utworzyć biały nalot.
Po tym czasie pod światło powinno być wyraźnie widać, że na dnie płyn jest mętny. Delikatnie zlewamy ocet, uważając żeby nie zlać osadu. (ja zlewam 2/3 octu, reszę wylewam). Przecedzamy przez gazę, i rozlewamy do butelek. Zakręcamy.









Przepis dodaję do akcji:

 W malinowym chruśniaku

oraz do akcji:

sobota, 8 września 2012

Maliny wykręcone do zera -sok i nalewka

Od jakiegoś czasu uważnie czytam etykiety. Kiedy sięgam na półkę po jakiś nowy produkt, zanim włożę go do koszyka wnikliwie studiuję skład. Czy nie ma konserwantów, sztucznych barwników i ton cukru.
Są jednak produkty, które kupuję "od zawsze" i do głowy by mi nie przyszło, że są inne niż myślałam..
Tymczasem...
Ostatnio na półce z sokami malinowymi, gdzie etykiety dumnie głoszą "bez konserwantów i sztucznych barwników" odkryłam same buble. Owszem, nie ma jednego czy drugiego, ale soku malinowego w soku jest 0,3 % !!!! Reszta to soki owocowe, syrop glukozowo - fruktozowy i aromaty.
I się wkurzyłam... Byłam pewna, że daję dzieciom sok malinowy, oczywiście - doprawiony cukrem, ale jednak ZROBIONY Z MALIN.
A nie z jakiś bliżej niekreślonych owoców.
Wobec powyższego, kupiłam od znajomej 9 kg malin niepryskanych i rozpoczęłam własną produkcję...
A że z czasem u mnie różnie, poszłam na "skróty" i nie tłoczę soku na gorąco. Po prostu zasypuje maliny cukrem, zlewam sok, podgrzewam i w słoiki. Wytłoczyny które zostają zalałam wodą i spirytusem, po tygodniu przecedziłam i mam nalewkę malinową - super do pączowania ciasta :)

Składniki na sok:
9 kg malin
6kg cukru

Maliny układam w 5 litrowych słoikach (potrzebne 3) i warstwami zasypuję cukrem. Ostatnią warstwę malin zasypuję grubą ilością cukru. Na każdy słoik zużywam około 1,5 kg.
Odstawiam na 4-5 dni. Po tym czasie przecedzam sok przez gazę do dużego garnka. Dosypuję resztę cukru i podgrzewam na małym ogniu "prawie do zagotowania".
 Sprawdzam temperaturę termometrem. Kiedy osiągnie 90C, zbieram pianę i rozlewam do słoików i małych buteleczek. Zakręcam, odstawiam do góry dnem i przykrywam grubym kocem. Nie pasteryzuję.
Pozostawiam do wystygnięcia i wynoszę do piwnicy.

Nalewka:
Wytłoczyny z malin, które pozostały po soku ( proporcje na maliny z 1 słoika)
1 szklanka spirytusu
2 szklanki wody + ok. 1/2 szklanki cukru (ilość zależy od tego jak słodkie mamy wytłoczyny)

Wodę gotuję z cukrem i studzę. Maliny mieszam w słoiku z wodą i dolewam spirytusu. Zakręcam słoik i pozostawiam na około 10 dni. Przecedzam przez gazę i zlewam do butelek.
Gotowe!

 
Przepis dodaję do akcji:
 
W malinowym chruśniaku
 
oraz do akcji:
 
W malinowym raju
 
W malinowym raju
 
 

sobota, 2 czerwca 2012

Pierwszy grill --> domowa przyprawa orientalna

Sezon grillowy oficjalnie otwarty...
Stoję więc w sklepie przy półce z przyprawami i czytam etykiety. Glutaminian sodu...substancja wzmacniająca smak i zapach - glutaminian sodu... glutaminian sodu...
To już nawet przyprawy do grilla nie da się zrobić bez tego?
Trafiłam na jedną firmę na K, która skład ma całkiem całkiem...
...to jednak się da...
Zachęcona tym odkryciem postanowiłam sama zrobić mieszankę przypraw do grilla.
.............
.............
.............
............
Na ruszcie skwierczą żeberka, rumienią się szaszłyki. Pachnie na całą okolicę.
Uwielbiam grillowane mięso pod każdą postacią.
Jednak to co najbardziej sprawia, że moje ślinianki pocą się, to opiekane warzywa.
Papryka, pieczarki i cukinia posypane przyprawą orientalną własnej roboty :)
PYYYCHAAA :)




Składniki:
łyżeczka kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki pieprzu ziołowego
1 łyżeczka soli
1 łyżeczka ziół prowansalskich
1 łyżeczka czosnku granulowanego
1/4 łyżeczki kurkumy
na końcu noża chili

Wszystkie przyprawy wymieszać.
Skomplikowane, prawa ? ;P

Ulubione warzywa nabijam na patyczki do szaszłyków, spryskuję oliwą z oliwek, posypuję przyprawą i grilluję około 15 minut.
Gorące posypuję startym parmezanem i... zajadam... zajadam... zajadam...




i jeszcze zupełnie niekulinarnie - nasz York na pierwszym grillowaniu :)





poniedziałek, 6 lutego 2012

Domowe mleko sojowe i batoniki z resztek (z okary i otrębów)

No dobra, gdzie tu logika?
Za rogiem mam sklep, gdzie mleko sojowe kosztuje 4,30 za karton.
Tymczasem ja mielę, mieszam gotuję. Odcedzam. I pęcznieję z dumy patrząc na swoje pierwsze w życie mleko sojowe.
Gdzie tu logika?
Otóż...należę do osób które lubią wiedzieć. Lubią umieć. Wszystko w życiu się przydaje - prędzej czy później. A jak wróci komuna i nie będzie mleka sojowego w sklepie?
To ja zrobię sobie w domu...
No dobra - soi też pewnie nie będzie w sklepie, ale co tam... Umiem robić mleko sojowe i niezmiernie się z tego cieszę :)
I jeszcze te batoniki z okary pozostałej po mleku. Dodałam do nich otręby. Wyszły super, choć jak dla mnie mało słodkie i "nie bogate". Następnym razem dodam jakiś aromat i więcej bakalii.




Składniki na mleko:
3/4 szklanki soi
4 i 1/2 szklanek wody
łyżka cukru (fruktozy)

Soję namoczyć na kilka godzin w wodzie. Następnie wodę odlać, wymieszać soję, że świeżą wodą (1 i 1/2 szklanki wody) i zmiksować.
2 szklanki wody zagotować, wlać papkę sojową i gotować 5 minut (od zawrzenia). Podczas gotowania płyn bardzo się pieni, więc polewałam pianę cienkim strumyczkiem wody. Zużyłam na to ostatnią szklankę wody.
Płyn przecedzić przez drobne sitko, ew. przez gazę, pieluchę. Doprawić szczyptą soli, łyżką cukru, można dodać wanilii, albo aromatu jak ktoś chce mieć waniliowe mleko.

To co pozostało po odcedzeniu mleka to właśnie okara. Można ją wykorzystać i zrobić z niej kotleciki sojowe, można pasztet, albo.... moje ciasteczka

Składniki na batoniki:
350g wilgotnej ugotowanej okary
100g otrębów (dałam 60g pszennych i 40g owsianych)
30g płatków migdałowych
łyżka słonecznika
łyżka dyni
2 łyżki oliwy (lepszy były olej ale nie miałam)
2 jajka
łyżka syropu z agawy (może być miód)
3-4 łyżki fruktozy (dałam 2 i były mało słodkie)

Mieszamy suche składniki. Dodajemy do okary, wbijamy jajko i dodajemy syrop z agawy i oliwę. Wszystko mieszamy, papka wychodzi gęsta. Przekładamy na blachę do pieczenia (jeśli zwykłą to wyłożyć papierem, jeśli silikonową to nie trzeba). Pieczemy 20 minut w temp 170 C. (ja piekłam najpierw 10 minut bez termoobiegu, a potem 10 minut z )
Jeszcze ciepłe kroimy na prostokąty.

sobota, 21 stycznia 2012

Domowe batoniki musli z otrębami

Zegarek znowu zadzwonił za wcześnie. Schowałam głowę w poduszkę.... Jeszcze 5 minut.
Minęło. Głos męża "nie wstajesz?". Rzut oka na zegarek. 7.30. Cholera spóźnię się...
W takie dni, nie mam czasu szykować śniadania. A moja żelazna zasada brzmi :nie wychodź z domu bez śniadania.
Zbiegając więc z córką po schodach porwałam 2 batoniki. Dobrze, że je wczoraj upiekłam...

Składniki:
150g otrębów (daję pół na pół owsiane i pszenne)
70g masła
4-5 łyżek syropu z agawy / miodu / syropu klonowego
3/4 szklanki miękkich bakalii (suszonych śliwek, rodzynek, suszonych moreli)
1/2 szklanki twardych bakalii (orzechy włoskie, płatki migdałowe, orzech laskowe)
3 łyżki wiórków kokosowych
2 jajka

Masło roztapiamy z syropem (miodem) i mieszamy. W misce łączymy otręby i wiórki kokosowe, Dodajemy rodzynki i pokrojone w kostkę śliwki i morele. Orzechy siekamy drobno a płatki łamiemy. Wszystko razem mieszamy, dodajemy masło i jajka. ponownie mieszamy i wykładamy cienką warstwą na blachę wyłożoną papierem do pieczenia (ew. na silikonową). Pieczemy 20-25 min w temp. 170C
Jeszcze ciepłe kroimy na kawałki i zostawiamy na kratce od ostygnięcia.
SMACZNEGO!

Przepis znaleziony tu

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Skórka pomarańczowa w occcie balsamicznym i co z nią zrobić...

Trochę inaczej przyrządzona skórka pomarańczowa. Nadaje się do dań wytrawnych, można dodać do mięsa, można do sałatki. Co kto lubi i jak lubi. U mnie były filety zawijane ze skórką pomarańczy, panierowane w sezamie. Przepis na to danie będzie jutro. A dziś skórka...

Składniki:
1-2 pomarańcze
łyżka miodu
łyżka octu balsamicznego


Pomarańcze szorujemy i zalewamy wrzątkiem, pozostawiamy na minutę. Osuszamy i obieramy - ja obieram obieraczką do warzyw, wtedy skórka schodzi cieniutko i nie trzeba wycinać białego miąższu. Pomarańcze zjadamy :)
Skórkę kroimy drobno i wrzucamy na wrzącą wodę, gotujemy 15 min, odcedzamy.
Rozgrzewamy patelnię i wrzucamy skórkę (można dodać pół łyżeczki masła), chwilkę mieszamy i dodajemy miodu. Miód zaczyna się nam karmelizować, więc musimy mieszać, żeby się nie przypalił (około minuty). Wlewamy na patelnię ocet i mieszamy do odparowania. Gotowe.

sobota, 3 grudnia 2011

Śmierć sklepowym jogurtom

Jestem zaskoczona, zachwycona i chcę jeszcze... :)
Nie sądziłam że to jest takie proste.
Domowy jogurt zawsze kojarzył mi się z mnóstwem brudnych naczyń, częstym mieszaniem, podgrzewaniem, przelewaniem i pilnowaniem. Tymczasem wystarczy mleko, trochę jogurtu i termos. Całość nie zajmuje więcej niż 10 minut, a efekt końcowy wychodzi super - dużo lepszy niż sklepowy, nie kwaśny jak się czasem trafia w tych kupnych. Co to konsystencji to raczej płynny, ale można go zagęścić mlekiem w proszku.
Dodajemy owoce, posiekane bakalie, co kto lubi i pyszny zdrowy jogurt gotowy. Wiemy co jemy.
Nie kupię więcej jogurtu w sklepie.

Składniki:
300 ml mleka ( i tu spotkałam się z twierdzeniem, że mleko UHT, popularne z kartonu się nie nadaje. Otóż śpieszę donieść że użyłam właśnie takiego i mój jogurt ma się dobrze i pysznie)
50 - 100 ml jogurtu naturalnego (za pierwszym razem musimy posłużyć się tym sklepowym, potem po prostu odkładamy kilka łyżek z naszego domowego i dodajemy do następnej porcji mleka - to coś jak z zakwasem na chleb. Ważne aby ten pierwszy kupny jogurt miał w składzie jak najmiej polepszaczy i żywe kultury bakterii)

Mleko podgrzewamy do temperatury około 60 C, najlepiej sprawdzić jego ciepłotę wkładając w nie palec na 10 sekund. Jeśli pod koniec tego czasu mleko zaczyna nas parzyć, to temperatura jest ok.
Jogurt mieszamy w kilkoma łyżkami ciepłego mleka i wlewamy do pozostałego. Mieszamy raz jeszcze i przelewamy do termosu. Zakręcamy i odstawiamy na około 12h. Po tym czasie mamy gotowy jogurt, u mnie był jeszcze ciepły. Jeśli nie mamy termosu to możemy użyć zwykłego zakręcanego słoika, owinąć go szczelnie folią alu i np. kocem i ustawić w ciepłym miejscu np. koło kaloryfera. Ważne aby mleko było szczelnie zamknięte i wolno stygło.
Jeśli chcemy aby jogurt był gęstszy dodajemy do ciepłego mleka kilka łyżek mleka w proszku.
Jogurt przechowujemy w lodówce do tygodnia.